Rzut #18 (Kalka)

Publication date: 2019
Language: Polish
Pages: 92
Weight: 0.15
Cover: Soft
ISSN: 977235341300412
Availability: 5
12.00 PLN
Kalka kojarzy się nie najlepiej. W kontekście Sztuki (do której architektura często aspiruje) - z plagiatem. Nawet jeśli wznoszenie budynków uznamy za rzemiosło, kalkom wciąż brakować będzie natchnienia, wizji, geniuszu. Tymczasem kalka to również użyteczne narzędzie, które pozwala nam tworzyć pomiędzy starym, a nowym; ewolucją, a rewolucją; dobrą praktyką, a innowacją. Temat “Kalka” odsyła nas więc do odpowiedzialności architektki, która projektuje w określonym kontekście społecznym i przestrzennym, a jej decyzje współtworzą środowisko, zanim jeszcze zdążą się sprawdzić. Jeśli nowe = nie sprawdzone, to czy powinniśmy, jak postmoderniści, tylko cytować tzw. “dobrą architekturę”, czy raczej kopiować ją w całości? Czy warto tworzyć nowe rozwiązania, skoro tak łatwo wybrać dom z katalogu, zbudować blok z prefabrykatów lub zmontować fabrykę albo supermarket? Gdy czytasz te słowa w jakiejś pracowni powstaje zupełnie nowatorski projekt domu typowego. Jest tak, ponieważ typowość to środek komunikowania się budynku z użytkownikiem. W Complexity and Contradiction Robert Venturi traktuje elementy budynku jako środki komunikacji indeksujące znaczenia. Jacques Derrida w tekście Pismo i telekomunikacja dowodzi, że „pisemny komunikat musi pozostać czytelny, mimo całkowitego zniknięcia wszelkiego określonego adresata w ogóle, jeśli ma spełniać funkcję pisma, czyli być czytelnym. Musi być powtarzalny — iterowalny przy całkowitej nieobecności odbiorcy i wszelkich odbiorców dających się określić empirycznie". Bez kalki w architekturze nie dojdziemy do ładu z budynkiem. Przekalkowana z angielskiego “kreatywność” stała się fetyszem. W społeczeństwie sieci chcemy być więcej niż “sumą stosunków społecznych”, a przecież komunikujemy tę potrzebę przez portale społecznościowe. Konsumujemy ArchDaily, Dezeen, Pinteresta, tagujemy i radujemy się, gdy uda się nam wykopać coś, czego jeszcze nikt nie zrepostował. Kopiujemy wszyscy i od zawsze, rozważmy więc, czy architektura open source to bardziej kalka językowa ze świata programistów, czy raczej pleonazm? Może rozwiązania projektowe, materiałowe, ideowe zawsze należały do domeny publicznej? Traktatów architektonicznych Sebastiana Serlia używano w swoim czasie tak, jak dziś używa się albumów Taschena i żurnali - jako źródeł inspiracji w rozmowach z klientami. Niegdyś architekci kopiowali kolumny jońskie, dziś małpują nowe systemy elewacyjne czyniąc budynki w różnych częściach globu bliźniaczo do siebie podobnymi. Ale skoro oryginalność w architekturze to mrzonka, to jak powstają wyjątkowe budynki? Czy spacerując co dzień bosą stopą po alpejskich łąkach ze szwajcarskim odpowiednikiem ciupagi (moje wyobrażenie procesu twórczego Petera Zumthora) lub narzucając rygor dowolnie oryginalnej metody pracy, uchowamy nasze projekty przed modą, manierą, stylem? Czy nasze wsie i miasta w ogóle potrzebują indywidualnego podejścia? Może w rzeczywistości wszystko nam jedno i powinniśmy bez skrępowania budować piramidy w Las Vegas, nowe paryże pod Szanghajem i chaty góralskie na Mazurach?